„Król” Twardocha czy król Twardoch?

Zacznę od oceny książki po okładce. Bo te Wydawnictwa Literackiego zdecydowanie wyróżniają się pośród szmirowatych polskich okładek. W tym przypadku przeszli samych siebie. Okładka „Króla” stylizowana na międzywojenną gazetę jest estetycznym strzałem w dziesiątkę. Nie dość, że spójna z treścią, to jeszcze piękna. Odetchnęłabym z ulgą, gdyby inne wydawnictwa brały z Was przykład, bo niestety praca w księgarni nie zawsze (a może i rzadko) stanowi estetyczną ucztę. Ale o designie polskich okładek może kiedy indziej. W każdym razie: wyrazy uznania.

Okładka to jedno, treść to drugie. Ale nie w tym przypadku. Tutaj poziom okładki nie odbiega od poziomu treści. Twardoch jak zwykle stanął na wysokości zadania.

Kiedyś recenzowałam „Dracha”. To książka Twardocha traktująca o dziejach Śląska wydana w 2014 roku. Książka, która mną wstrząsnęła, jedna z tych, które nie tylko się czyta, ale i przeżywa. Szczepan (rozkoszuję się pięknem tego imienia) Twardoch otrzymał za nią Nagrodę im. Kościelskich i niemiecką nagrodę literacką Brücke Berlin. To nie koniec (ani nie początek) jego sukcesów. Za powieść „Morfina” (2012) otrzymał Paszport „Polityki”, Wawrzyn Śląski i Nagrodę Czytelników Nike. Jego powieść „Król” (2016) została uznana przez brytyjski magazyn „The Times” za najlepszą książkę miesiąca, a „Królestwo” (2018) – kontynuacja „Króla” – była nominowana do Nagrody Nike 2019. Nie każdy pisarz może się pochwalić czymś takim. Twardoch na nominacje i nagrody zdecydowanie zasługuje. Przykładem na to jest wspomniany „Król”.

„Król” to powieść historyczna opowiadająca o losach żydowskiego boksera Jakuba Szapiro w międzywojennej Warszawie. Choć mamy międzywojnie to brak tu opisów życia artystycznej bohemy, kin, kabaretów, teatrów czy kawiarnianych spotkań poetów. Będą za to domy publiczne, biedna i cuchnąca dzielnica żydowska, wille zdemoralizowanej arystokracji. Arystokratofile niech się nie denerwują. Tutaj każdy jest przedstawiony w – mówiąc najogólniej – nieciekawym świetle. Fabuła osadza się wokół porachunków między przedwojennymi socjalistami a narodowcami, gdzie wszyscy (czy większość) są jednocześnie zwyczajnymi bandytami – i jest to ten element prawdy, którego nie da się przecież ukryć.

Zwolennicy jednej czy drugiej opcji mogą się burzyć (choć jedni i drudzy mają ciemne karty w swojej historii) należy jednak pamiętać, że jest to fikcja literacka i wizja autora, która sama w sobie jest po prostu porywająca, trzyma w napięciu, trzepie po twarzy naturalizmem (jak to u Twardocha) i imponuje swoistym, oryginalnym literackim stylem.

Szczepan Twardoch ma bardzo charakterystyczny sposób prowadzenia narracji, ustawia się ponad chronologią (wszak to narzędzie w ręku autora), sprawnie posługuje się metaforą i pięknie pisze o tym, co brzydkie. Leje się krew, są wynaturzenia seksualne (choć trzeba przyznać, że książka nie ocieka erotyzmem i Twardoch nie poświęca mu zbyt wiele miejsca – a podobno na to dziś moda) i trochę zwyczajnych ludzkich uczuć (nawet miłości) w morzu bezwzględności.

Książka nie jest polityczna. Pokazuje ludzkie zło, które zdaje się nie zważać na polityczne preferencje i rodzi się niezależnie od przekonań. Przecież tu każdy walczy o dobrą sprawę, nie zważając przy tym, że dobór metod dawno rozminął się z zasadami humanitaryzmu. To charakterystyczne dla tego autora, że skupia się on na mrocznej stronie ludzkiej osobowości, nie lekceważąc przy tym jej złożoności. Motorem bohaterów jest dążenie do zdobycia uznania w oczach innych. Każdy chce być królem.

Dla mnie Twardoch tymże królem jest. Królem polskiej literatury. Nie znaczy to, że jest bezwzględnie najlepszy. Takich koron (choć to dziś słowo zakazane) rozdałabym z chęcią kilka, a najbardziej zasługuje na nią Olga Tokarczuk, choć tworzy zupełnie inny rodzaj literatury niż Twardoch. Jego dorobek to typowa beletrystyka, ale beletrystyka na piorunującym poziomie. Już nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po „Królestwo”.

Tym, którzy czytali moją recenzję „Dracha” powiem tylko tyle, że „Król” nie jest książką aż tak mroczną i przygnębiającą. Zostawia odrobinkę nadziei, której w „Drachu” nie było. Nadziei i wiary. I miłości.

Byłabym zapomniała. Podczas lektury znalazłam literacką analogię do „Ślepnąc od świateł” Jakuba Żulczyka. Tu i tu mamy bowiem opis warszawskiego półświatka, środowiska zdegenerowanych bandziorów. Tu i tu obserwujemy gorzko moralną degradację człowieka, całkowite rozminięcie z ewangelicznym „Ecce Homo”. Tu i tu mamy też metaforę Warszawy jako wieloryba (Żulczyk) czy kaszalota (Twardoch). Zakładam, że zupełnie niezależnie. Zdecydowana literacka przewaga leży tu po stronie Twardocha, ale „Ślepnąc od świateł” też warto przeczytać.

img_20200426_212102_3275103218254840518919.jpg

Sięgnijcie po „Króla”. A ja z niecierpliwością czekam na ekranizację. I na moment, kiedy znów zasmakuję w literackim kunszcie autora, czytając „Królestwo”. Mam nadzieję, że już niedługo!

Babcia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s