„Joker”, czyli o filmie, który mnie przerósł

dnia

Tytułem wstępu krótkie wyjaśnienie. Poniższy wpis powinien pojawić się kilka miesięcy temu. Niestety dopadł mnie kryzys twórczo – egzystencjalny, który spowodował poważne opóźnienie i ogólną posuchę na blogu. Wpłynęłam na suchego przestwór oceanu. Bardzo suchego. O kryzysie być może opowiem więcej w innym miejscu. Tymczasem – ad rem.

nathan-dumlao-y21qF5V_k6Q-unsplash

Za każdym razem, gdy zaplanowałam już wizytę w kinie, pojawiało się jakieś fatum, które grało mi na nosie. Po czasie zastanawiam się czy nie był to po prostu mój anioł stróż idealnie znający bezdenność mojej wrażliwości i kruchość psychiki. Ostatecznie nieobejrzenie filmu uchroniłoby mnie przecież przed bardzo nieprzyjemnymi odczuciami. Ja jednak walczyłam wytrwale w myśl spartańskiej zasady: z tarczą lub na tarczy. Jak łatwo się domyślić zrealizowałam ten drugi scenariusz. Anioł stróż z rezygnacją opuściłby ręce, gdyby tylko był istotą cielesną. Nie on ma być jednak bohaterem tego tekstu, więc jego ręce bądź ich brak są na ten moment kwestią drugorzędną.

Nie będzie to klasyczna recenzja. Nie jestem odpowiednią osobą do tworzenia recenzji filmu „Joker”, bo nie bardzo umiem osadzić tę postać w szerszym kontekście. Fani komiksów o Batmanie i filmów wytwórni DC w najlepszym przypadku wyśmialiby mnie z kretesem, a w najgorszym wściekliby się mocno, że taka ignorantka, zabiera się za recenzowanie filmu o jednym z czołowych i bardzo znaczących komiksowych bohaterów. Chociaż ludzkość rzadko (niestety) kieruje się zasadą, że lepiej nie zabierać się za coś, na czym się nie zna, ja postąpię w jej myśl. Mój tekst będzie więc nie recenzją, a czymś na kształt zapisu przeżyć wewnętrznych. Przeczytajcie jak było.

Do kina wpadłam z językiem na brodzie, przemierzywszy wcześniej pół Lublina autobusem linii 55, nerwowo kontrolując czas i zastanawiając się czy tym razem na pewno się uda. Udało się. Dotarłam nie tylko przed reklamami, ale nawet przed otwarciem sali, co jest naprawdę niezłym wynikiem, biorąc pod uwagę to, o której wyszłam z pracy. Zasiadłam na centralnym miejscu w najwyższym rzędzie (najwyższej wieży, której strzegł groźny smok?) – tym samym miejscu, które wybierałam w dzieciństwie – otuliłam się brązowym kardiganem i postanowiłam oddać się w pełni filmowej uczcie, nie wiedząc do końca, na co się piszę.

daniel-lincoln-Yz_D2vlP3to-unsplash

Zobaczyłam historię Arthura – mężczyzny zmagającego się z chorobą psychiczną. Uroczego wrażliwca, który nie bardzo umie odnaleźć się w otaczającym świecie i – jak pewnie wielu – czuje się niepasującym elementem układanki. A szkoda, bo dobro i delikatność, które go cechują, uderzają od pierwszych scen. Jednak jak wiadomo od epoki kamienia: najtrudniej dostrzec to piękno, które mamy w sobie. Arthur ma kochające serce – z czułością opiekuje się chorą matką i jest życzliwie nastawiony do ludzi, którzy – niestety – nie odpowiadają mu tym samym. Świat go nie docenia, co szczególnie nie dziwi, bo światu niezwykle rzadko zdarza się doceniać. Już w tym momencie widzowi zaczyna robić się niewygodnie i nieswojo. Arthur zostaje dotkliwie pobity przez grupę wyrostków, a kiedy w autobusie próbuje rozbawić znudzone podróżą dziecko, matka malca traktuje go jak złoczyńcę. Ludzie serwują mu odrzucenie. Następnie wszystko dzieje się według znanego jak świat scenariusza. Arthur chce być kochany. Ta największa siła napędowa ludzkiej egzystencji prowadzi go do zguby. Stopniową degradację, obserwuje jednak tylko widz. Arthur, który zaczyna kolejno zabijać tzw. „złych ludzi”, czuje satysfakcję, bo zyskuje społeczne uznanie. Czy jest to miłość? Zdecydowanie nie, ale gdy jest się bardzo głodnym, z łatwością można się pomylić.

Obserwowanie bólu Arthura, który owocuje realnym złem, było nie do zniesienia. Choć miałam świadomość, że obcuję z dziełem sztuki, którym film Todda Phillipsa niewątpliwie jest, emocjonalna męka, którą mi zgotował, była przerastającym mnie wyzwaniem. Wytrwałam do końca, choć przez 2/3 fabuły rozważałam opuszczenie sali. Wyszłam po napisach końcowych z zaryczaną twarzą i rozdygotanym sercem.

Nie zrozumcie mnie źle: uważam, że „Joker” to świetny film ze wspaniałą rolą Joaquina Phoenixa. Mam nadzieję, że aktor zostanie nagrodzony Oscarem, bo tak dobrej kreacji nie widziałam od dawna. Film porusza tematy społecznie ważne i – mam nadzieję – uwrażliwia na osoby chore psychicznie. To istotne, bo te żyją przecież obok nas i swym nieco dziecinnym spojrzeniem proszą o naszą miłość i akceptację. Znamienne są słowa, które Arthur notuje w swoim dzienniku: najgorsze jest to, że oczekuje się od osób  chorych psychicznie, by zachowywały się tak, jakby były zdrowe. Nie są. Ale nie są też gorsze, a choroba nie stanowi wyznacznika ich tożsamości. Są dziećmi tego samego Boga. Wygląda jednak na to, że łatwo o tym zapomnieć.

Podsumowując: film jest wspaniały i zasługuje na najwyższe uznanie, wymaga jednak dość dużo siły psychicznej i stabilności emocjonalnej. Choć to, że wzbudza tak silne emocje, jest jego niewątpliwym atutem. Polecam obejrzeć, lecz ostrzegam, że będzie bolało. Dużo czasu musi minąć, zanim do niego wrócę. Nie żałuję jednak, że go obejrzałam.

daniel-lincoln-dnr1jTz9sSs-unsplash

A co z tą miłością? Pragnienie bycia kochanym to najsilniejsza tęsknota ludzkiego serca. Karkołomnie jednak szukamy jej zaspokojenia w człowieku. Potrzebujemy budować relacje z innymi ludźmi, bo jest to niezbędne dla naszego rozwoju psychofizycznego. Kochamy jednak ułomnie, egoistycznie, z trudem. Jest natomiast Ktoś, Kto kocha doskonale i bezwarunkowo. Jest, Który Jest.

Całuję mocno

Babcia

4 komentarze Dodaj własny

  1. Trochę żałuję, że nie znam w ogóle postaci Jokera i filmowo jestem gdzieś poza niektórymi kultowymi sferami. Chyba muszę nadrobić 😉

    Polubienie

    1. Ten film można spokojnie obejrzeć nie znając całej serii 🙂

      Polubienie

  2. Wielgi pisze:

    Dla mnie Arthur to wariacja na temat Jokera, ale z pewnością nie Joker z „Mrocznego rycerza”, jakim zachwycił się świat. To zupełnie inna osobowość. Arthur nie działa z rozmysłem, chce być artystą, być podziwiany. Duże społeczne poparcie jakie otrzymuje w świecie filmu dla mnie jest nierealne z socjologicznego punktu widzenia. Z pewnością nie prowadziłoby do zostania królem złodziei, kreatora chaosu, bo Artur chce być tylko zauważony, nie wyzbył się uczuć wyższych.
    Jego bezradność i osamotnienie wynika z choroby psychicznej matki, oraz nieudolnej pomocy terapeutycznej. Czterdziestoparolatek, rozpatrujący swoje zachowania jak atencyjny nastolatek wchodzący w konflikt z prawem. Jakby 20 lat życia, leczenia, brania leków, obowiązków i relacji związanych z pracą, nie kształtowało jego dojrzałości. Gubiłem się, między zdarzeniami, a jego marzeniami. Każdy poprzedni Joker natomiast realizował swoje wizje, nie zdradzając swoich słabości.
    Arthur mnie nie zachwycił, nie przestraszył, nie fascynuje mnie jak Joker kreacji Ledgera. Może dlatego, że stary Joker skupiał uwagę nie na sobie, lecz paradoksach naszej rzeczywistości.
    Co do filmu samego w sobie, muszę przyznać, że jest dziełem wartym wysokich nagród.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Hmm, nie wiem, na ile można mówić o kształtowaniu się dojrzałości w przypadku osoby chorej psychicznie. Ona chyba na zawsze ma pozostać niedojrzała…

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s