Wszyscy święci balują w Niebie

Zacznę od informacji ciut kontrowersyjnej. Otóż o ile zawsze mocno utożsamiałam się z Kościołem Katolickim (i żeby nie było – nadal się z Nim utożsamiam :)), to nigdy nie miałam szczególnego upodobania do świętych. Ich żywoty zazwyczaj bardziej mnie przerażały niż zachęcały (co zapewne wynika w pewnym stopniu z mojej niedojrzałości emocjonalnej, a co za tym idzie – wciąż jeszcze niedojrzałej duchowości), a świętych, o których z całą stanowczością mogę stwierdzić, że ich lubię jest trzech – ks. Jerzy Popiełuszko, Dobry Łotr i mój dziadek Czesław zmarły przed jedenastoma miesiącami. A nie, przepraszam! Jest jeszcze Rafał Archanioł, ale to – przyznajmy – nieco inna kategoria.

toa-heftiba-510008-unsplash

Tak to już bywa w świecie, że nie zawsze łatwo jest lubić tych, których lubić wypada. Ostatecznie wypadałoby też lubić zupę pomidorową, a ja jej nie znoszę.

Złożyło się jednak, że na dzień dzisiejszy przypada święto Wszystkich Świętych. Święto, które uwielbiam, bo przychodzi wielką falą wiary i nadziei. Że nasi bliscy wraz ze swoją śmiercią wygrali los na loterii i teraz mogą bawić się na wiecznej imprezie. Że my, którzy póki co jeszcze zaciskamy zęby i w pocie czoła pracujemy nad życiem, również z nimi pobalujemy. Mówiąc krótko: wrócimy do Edenu.

Cmentarz to jedno z moich ulubionych miejsc. Najbardziej lubię przemierzać go późnym wieczorem w towarzystwie jedynie Pana B. Choć te pierwszolistopadowe spotkania rodzinne również nie są złe. Szybkie pocałunki wycelowane przez elegancko ubrane ciocie w zziębnięte policzki. „Ale wam dzieci porosły!” wykrzykiwane co rusz przez krewnych i znajomych obładowanych reklamówkami pełnymi zniczy. „Pamiętacie może, gdzie leży wujek Józek?” – gdy tymczasem wujek Józek ma teraz ciekawsze zajęcia niż nieruchome leżenie w drewnianej trumnie. Ostatecznie jednak lubię samotnie. Do moich nocnych wypraw na cmentarz dodam jeszcze namiętne słuchanie „Dies irae” z „Requiem” Mozarta (kocham!), „Marszu Żałobnego” Chopina (podobnie!) i podśpiewywanie pod nosem „Anielskiego orszaku” (również!). Zestaw małego psychopaty. Cóż, skoro śmierć nigdy mnie nie przerażała. Od zawsze kojarzyłam ją przecież z początkiem życia.

ben-white-165037-unsplash

Dzisiaj myślę nie tylko o kanonizowanych świętych lub o moich zmarłych świętych pradziadkach, dziadku czy sąsiadce. Myślę o świętych, z którymi obcuję na co dzień. O moim świętym lekarzu specjaliście, który leczy nie tylko farmaceutykami, ale też ciepłym, pełnym wsparcia sercem. W gabinecie ma piękną ikonę Matki Bożej, a choć na ten moment prowadzi tylko prywatną praktykę, to kiedy pacjentowi brakuje pieniędzy, ochoczo przyjmuje go bez nich. O świętym ojcu Piotrze, mądrym kapucynie, który jest chodzącą akceptacją, a poznając jego z łatwością poznać można samego Jezusa. O mojej świętej terapeutce, która choć drobna, ma masę siły, bo pomóc się dźwignąć innym. Która jednocześnie troszczy się i wymaga, motywując do ciężkiej pracy nad sobą. O moim świętym byłym chłopaku Kamilu, który nie zaśnie, jeżeli każdego dnia nie odmówi różańca, a do drugiego człowieka zawsze wyciąga pomocną dłoń. O moim świętym profesorze od historii XIX wieku, który promuje mój doktorat, tłumaczy, że smoki wycięte z papieru nie robią krzywdy, a gdy przechodziłam przez ciężką depresję pomagał i motywował, by udało mi się napisać i obronić pracę magisterską. O moich świętych koleżankach z roku, które – gdy przez miesiąc leżałam w szpitalu – przywoziły mi własnoręcznie usmażone naleśniki i gorącą czekoladę w termosie. O świętych Ewelinie i Jarku, którzy z trudnej historii własnego związku wyprowadzili piękne małżeństwo, a obecnie – pamiętając by budować na Bożym fundamencie – wychowują śliczną córeczkę. O świętej Kasi, która jest cudowną mamą dla Lenki i martwi się dużo mocniej niż trzeba, ale wypływa to z jej kochającego serca. O świętych Oli i Pawle, którzy mieszkają daleko, a nieustannie są blisko, którzy dają mi ogromne poczucie, że jestem kochana i ważna, a sami mają w sobie niewyobrażalnie wielką mądrość i głęboką wrażliwość. O świętej Asi, która cierpi, ale pokazuje jak dźwigać krzyż, ufając Bogu. O świętych Ewelinie i Jurku, z którymi można rozmawiać o historii i Star Warsach, a których pełne książek mieszkanie zawsze stoi otworem dla bliskich. O świętych Karoli i Danielu, którzy przez ostatnie lata dali mi tyle dobra, ile niektórzy nie potrafią dać przez całe życie. O świętej Ali siedzącej ze mną dziesięć godzin na SORze. O świętej Roksanie, która jest przy mnie od gimbazy. O świętej Agatce. O świętej Gosi. O świętym Karim. O świętej Cynamonce. O mojej świętej siostrze. O mojej świętej babci, świętym księdzu proboszczu. O wszystkich moich świętych znajomych, przyjaciołach i członkach rodziny. O milionie świętych, których codziennie mijam na ulicy czy obsługuję w księgarni.

Wszystkiego najlepszego!

Mam nadzieję, że kiedyś będziemy balować razem 🙂

priscilla-du-preez-165377-unsplash

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s