Oślepłam od świateł, czyli coś więcej niż literacka wersja filmów Smarzowskiego

Cyprian Kamil Norwid uskarżał się kiedyś na tęsknotę za brakiem światłocienia. Wśród rozlicznych tęsknot, które w sobie noszę i ta zajmuje dość wysoko punktowane miejsce. Umówmy się jednak, że osiągnięcie braku światłocienia w doczesności jest równie nierealne jak przejście papieża Franciszka na islam. Nawet ci, którzy z niejasnych (sic!) powodów uważają go za fałszywego proroka, muszą przyznać, że to absurd.

yeshi-kangrang-P-2CxtQvUQY-unsplash

W powieści Jakuba Żulczyka „Ślepnąc od świateł” (bo nietrudno się domyślić, że właśnie tę książkę biorę dziś na tapetę) jest dużo światłocienia. A właściwie cała masa cienia. Można by nawet rzec, że teatr cieni, bo w zasadzie jest w tej książce pewna teatralność, a jej bohaterowie z ekspresją i niemałym talentem odgrywają powierzone sobie role.

Książka jest dobra. Brutalna, wstrząsająca i dobra. Są w niej momenty pełne poetyckiego piękna (modlitwa o deszcz), jest ziejący ohydą naturalizm, są świetnie skonstruowani i dobrze poprowadzeni bohaterowie, jest akcja i budowanie napięcia, są ambitne dialogi. Istnieje jakaś racja w opinii Jacka Dukaja, jakoby dzisiejsze powieści miały być raczej scenariuszami niż literaturą: powieść Żulczyka to faktycznie film na papierze. Ale film, który się broni. Nie pozostawia bez refleksji, zmusza umysł do – może nie ekstremalnego, ale jednak – wysiłku. Nie dziwię się więc, że Żulczyk jest nagradzany, bo ewidentnie mu się to należy.

W zasadzie prawie do samego końca miałam wrażenie, że „Ślepnąc od świateł” to literacka wersja filmów Smarzowskiego. Obrzydliwy, brutalny i maksymalnie przerysowany świat. Ciemność, widzę ciemność – choć tytuł wskazywałby raczej na światło (a może jednak na ślepotę, wszak główny bohater zdaje się być ślepy kompletnie. Czy taki pozostaje? Dowiecie się, gdy przeczytacie). W każdym razie Żulczyk Smarzowskim nie jest, bo w przeciwieństwie do reżysera zostawia nadzieję. Daje odrobinę – może nie oślepiającego, ale łagodnie pulsującego – światła. I choć trudno stwierdzić czy te zawody wygrywa światło czy cień, miło mieć poczucie, że jasność istnieje i rusza do walki.

rohan-makhecha-jw3GOzxiSkw-unsplash

Żulczyk – choć pokazuje przerażającą prozę życia – pozostaje w tym wszystkim dość liryczny. Przedstawiona przezeń Warszawa wynurza się z licznych metafor, które przejmująco wzmacniają wrażenie jej tragiczności. Zresztą – trudno ukryć – tutaj każdy jest bohaterem tragicznym. Skazańcem własnych wyborów.

Ta książka jest warta przeczytania. I przepłakania. Ja w każdym razie zakończenie uczciłam porządnym szlochem. I raczej nie były to łzy katharsis. Ale jeśli ktoś z Was zastanawia się jeszcze czy warto to warto. Jedyne czego nie warto to być ślepym na „Ślepnąc od świateł”.

dil-F35EmcotWPY-unsplash

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s