Bez pracy nie ma kołaczy

Kto nie chce pracować, niech też nie je – grzmiał w liście do Tesaloniczan św. Paweł Apostoł; bez pracy nie ma kołaczy – mówi dobitnie stare polskie przysłowie. Choć automatycznie nasuwa się pytanie po co nam wspomniane kołacze, wiemy przecież, że całkiem miło jest posiadać środki do życia. Ja nie pogardzę. Wezwania do pracy nie da się więc zignorować. Choć niektórzy próbują. Nie radziłabym ich naśladować.

marvin-meyer-571072-unsplash

Starożytni Rzymianie mawiali pecunia non olet i czego by nie mówić o starożytnych Rzymianach ich aforyzm nie był głupi. Należy zresztą stwierdzić, że skoro powstało tyle złotych myśli oscylujących wokół pracy i pieniędzy oznacza to, że ludzkość uważa je za dość istotne elementy życia. Najprzyjemniej byłoby posiadać kasę bez pracy. Maryla Rodowicz śpiewała, że to, co nas podnieca, to się nazywa kasa. Praca sama w sobie wydaje się mniej podniecająca. Wygląda jednak na to, że konieczna. Jeśli w ogóle będzie nam dane odpocząć, to na emeryturze. I – rzecz oczywista – po śmierci: Pan B. zapewni nam wieczny relaks.

Jakiś czas temu przeczytałam książkę hiszpańskiego psychologa i psychoterapeuty Rafaela Santandreu – „Być szczęśliwym na Alasce” (to ta z misiem na okładce). Historia jest o tyle zabawna, że zamówiłam książkę jako prezent dla przyjaciółki zafascynowanej Alaską. Dlaczego? Bo myślałam, że to książka o wspomnianym w tytule stanie USA. Kiedy mówili w szkole o czytaniu ze zrozumieniem, nie żartowali – ta umiejętność rzeczywiście się przydaje. Prawdy przekazywane w młodości docenia się po czasie. Ja nie zdałam egzaminu, bo okazało się, że książka Santandreu dotyczy radzenia sobie z depresją, nerwicą i innymi dziadostwami psychicznymi. Może zresztą nie przypadkiem trafiła w moje ręce. Ostatecznie chętnie ją przygarnęłam i z zainteresowaniem przeczytałam. Było warto, bo pracujący w nurcie behawioralno – poznawczym (nigdy nie byłam tak prowadzona) terapeuta okazał się mądrym gościem, który wyjaśnił mi wiele rzeczy i dał praktyczne wskazówki na życie. Mocne 8,5 na 10. Do książki warto zajrzeć, ale ja nie o tym. Utkwiło mi w pamięci to, co Santandreu pisał o pracy. Stwierdzał bowiem, że człowiek z natury nie jest przystosowany do takiej ilości pracy jaką wykonuje. A że jest to wbrew naturze, organizm się męczy a psychika nie wytrzymuje. Nie wspominając już o tym, że cierpią rodziny czy przyjaźnie.

marten-bjork-623852-unsplash

Kamil wyczytał kilka miesięcy temu, że według obliczeń naukowców człowiek powinien pracować 24 godziny tygodniowo. Dwudziesta piąta godzina nie jest wydajna. Na maksymalną koncentrację uwagi możemy sobie pozwolić przez dwie godziny dziennie. Oczywiście nie postuluję o dwugodzinny dzień pracy, jednak badania specjalistów dają mi do myślenia. Co Wy na to?

Kolejna sprawa, na którą zwraca uwagę mój K. to to, że wraz z rozwojem techniki powinniśmy pracować mniej. Produkcja jest zmechanizowana a człowiek coraz mniej potrzebny. Tak mówi teoria, tymczasem w praktyce jest zupełnie inaczej. Zamiast pracować mniej, pracujemy coraz więcej. Propaganda sukcesu wyciąga z nas wszelkie siły witalne, powoli zamieniamy się w niewolników kariery. Temu zagadnieniu należy się osobny wpis, warto jednak zasygnalizować problem.

Wiem, że w XIX wieku, w dobie rewolucji przemysłowej, pracowano dużo więcej, jednak jest to dla mnie tak samo absurdalny argument jak to, że w epoce nowożytnej nieszczególnie dbano o higienę osobistą, a świat jakoś się kręcił. Argumenty z serii: „my byliśmy bici przez rodziców i żyjemy”, „my nie chodziliśmy na żadną terapię i jakoś sobie radzimy”,”my chodziliśmy o tradycyjnej szkoły i wyszliśmy na ludzi” uważam za spalone na starcie. Fajnie, że żyjemy, ale w życiu bardzo ważna jest też jego jakość i wszelkie działania zmierzające do jej podniesienia uważam za jak najbardziej słuszne.

Tymczasem nasza codzienność wygląda tak, że po ośmiu godzinach roboty padamy na twarz. Osiem godzin pracy, osiem godzin snu i osiem godzin życia to jakaś absurdalna fikcja. Praca z dojazdem i powrotem zajmuje około dziesięciu godzin. Mamy więc czas, który trzeba odjąć od snu bądź życia osobistego. Po powrocie do domu nie oddajemy się błogiemu odpoczynkowi. Trzeba przecież posprzątać, ugotować jedzenie, nastawić pranie, a gdy ma się rodzinę to ogarnąć dzieci, co samo w sobie powinno być traktowane jako pełny etat. Naprawdę nie jest łatwo. Osobiście po ośmiu godzinach pracy czuję się wymęczona, wymięta, wypluta i wyzuta z energii. Cztery razy wy. Marzę o herbacie w dużym kubku i pachnącej pościeli. Łatwiej mi sięgnąć po kryminał, niż ślęczeć nad źródłami do doktoratu. Góra naczyń w zlewie wywołuje mdłości. Życie może i jest nowelą, ale częściej wrogą niż przyjazną. Dlatego chcę się pożalić i na szczęście mam do kogo 😉

william-iven-19843-unsplash

Być może jest to odważny, niemal awangardowy postulat, ale nie zgadzam się na ośmiogodzinny dzień pracy. Chciałabym mieć w przyszłości czas dla męża i dzieci, Pana Boga i chociaż parę chwil na realizację pasji. Nie do końca wiem jak walczyć z systemem, ale wewnętrznie czuję, że trzeba. Można stwierdzić, że jestem leniwa i zapewne będzie w tym nie tylko jedno, ale cały wór ziaren prawdy, jednak podobno największe wynalazki powstają z lenistwa. Więc postuluję. I wciąż mam cichą nadzieję, że Wielcy Tego Świata coś z tym kiedyś zrobią…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s