Ulubione <3

Po staroświecku uważam, że czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła.

Wisława Szymborska

christin-hume-482925-unsplash

Rozpoczynanie tekstu mottem, cytatem z innego autora, jest dość typowym, nieoryginalnym zabiegiem stylistycznym. Skoro jednak robił tak sam Hemingway, to i ja pozwoliłam sobie na podobny wybieg. Szczególnie że Wisławę Szymborską uważam za autorkę uroczą, pełną poetyckiego motylego wdzięku, a powyższy cytat za idealnie oddający bogactwo, jakie w tym marnym świecie stanowi dobra lektura.

Pisałam kiedyś o tym, jaką białą gorączkę wywołuje u mnie pytanie, jakie książki lubię. Istotnie – wewnętrznie pragnę wtedy gryźć i szarpać na strzępy, a powstrzymuje mnie tylko wrodzona (lub bardziej nabyta) przyzwoitość. Czym innym jest jednak pytanie o konkretne, ulubione pozycje. Wówczas nie muszę ograniczać się do jednego rodzaju, gatunku, epoki, stylu czy autora. I takie książki mogę wymieniać – chociaż istnieje poważne ryzyko, że wpis przeobrazi się w neverending story. Dlatego ograniczę się do kilku ulubionych. Nie łudźcie się jednak, że na nich lista się kończy. Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy [tu] wchodzicie.

Quo vadis i Potop

Nikt mi nie powie, że Henryk Sienkiewicz nie był mistrzem w budowaniu przepięknej, malowniczej i szalenie oddziałującej na wyobraźnię fabuły. Jego powieści się nie czyta – do nich się wchodzi i trwa w nich przez kilkaset kolejnych stron. A są to strony dostarczające mocy wzruszeń, obaw, smutków, radości i innych – niezwykle burzliwych – emocji. Co by nie mówić: ja Sienkiewicza kocham. Zawsze wiedziałam, że mój ulubiony XIX w. był okresem zasługującym na szczególną uwagę, a fakt, że wydał on takich autorów jak Prus i Sienkiewicz (Orzeszkową pomińmy milczeniem), tylko to potwierdza.

Z literackiego dorobku Sienkiewicza najbardziej cenię sobie Quo vadis i Potop. Powyższe powieści są napisane z takim kunsztem i precyzją, że podobny poziom artystyczny reprezentują jedynie freski w Kaplicy Sykstyńskiej (których notabene nie widziałam na żywo, istnieje więc szansa, że powieści Sienkiewicza są lepsze).

Czasem żałuję, że nigdy nie będzie mi dane naprawdę przenieść się do sienkiewiczowskiego świata. Chciałabym uścisnąć rękę Petroniuszowi i osobiście poznać Andrzeja Kmicica. Niestety są to mrzonki. Pozostają książki. Wspaniałe książki.

Lalka

Fakt, że lalki lubiłam jako mała dziewczynka, nie ma tu nic do rzeczy. Choć nie da się ukryć, że byłam bardzo typową przedstawicielką swojej płci – różowy kolor, sukienki i lalki – na szczęście nijak ma się to do mojej sympatii do Bolesława Prusa, wnikliwego obserwatora swojej (a mojej ulubionej!) epoki. Prus za pomocą Lalki przenosi czytelnika do XIX- wiecznej Warszawy, a jego powieść tak oddaje ducha czasów, że sama zaczynam boleśnie odczuwać klęskę powstania styczniowego, a w życie swoje i swoich bliskich wprowadzać założenia pracy organicznej i pracy u podstaw. Nie zastanawiam się nad – dość durnym – szkolnym pytaniem czy Wokulski to romantyk czy pozytywista, bo z doświadczenia wiem, że jedno nie wyklucza drugiego. Ale razem z nim odbieram nieustanne policzki od podłej, bezlitosnej Łęckiej. I o ile syna mogłabym nazwać Stanisław, o tyle córka nigdy nie otrzyma imienia Izabela.

Bolesław Prus umiał pisać. Tak, żeby nie zanudzić. Tak, żeby oddać stan rzeczywisty (a nie żył w łatwych czasach). Tak, żeby nie zrobić z powieści ckliwego romansidła (a przy podobnym temacie to dość trudne). Tak, żeby zachwycać językiem. Dlatego uwielbiam Lalkę. Kto nie przeczytał, niech rzuca wszystko i pędzi do biblioteki. Polecam!

janko-ferlic-174927-unsplash

Proces

– czyli dalej wiek XIX. Próbowałam kiedyś czytać Listy do Mileny Franza Kafki, ale ponieważ jestem neurotykiem, psychicznie nie podołałam opisom przeżyć wewnętrznych człowieka tak znerwicowanego i depresyjnego jakim był Kafka. Może jednak przyciąga mnie do niego podobna wrażliwość i wspólnota problemów. W każdym razie Proces jest tak ciekawą, zaskakującą, zwalającą z nóg i oszałamiającą w swej przerażającej brutalności metaforą ludzkiego życia, że nie mogę wyjść z podziwu. Lubię artystów, którzy czują bardziej i widzą więcej. Franz Kafka jest z tych, którzy mają szósty zmysł. Mnie z emocji przechodzą ciary. Kafka przy kawce, a moja spragniona artyzmu dusza od razu czuje ukojenie w bólu.

Pewnej zimowej nocy

Jest taki brytyjski historyk i dziennikarz. Nazywa się Simon Sebag Montefiore. Ponieważ mówią, że życie jest za krótkie, by czytać kiepskie książki, bogata we własne czytelnicze doświadczenie polecam sięgnąć po jego powieść. Gwarantuję brak zawodu.

Sam tytuł wyżej wspomnianej powieści brzmi nieco baśniowo, tajemniczo i onirycznie. Kryje się za nim treść pełna sensacji i dreszczyku – a nawet porządnego dreszczu – emocji. Nie jest to jednak tani kryminał, ale historia doskonale oddająca przerażające absurdy życia w Moskwie pod rządami Stalina i jego politbiura. Historia Związku Radzieckiego to konik Simona Sebaga Montefiore, więc porusza się po niej jak po własnym mieszkaniu. Jako historyk szczególnie cenię sytuację, gdy za beletrystykę historyczną bierze się rzetelny, merytorycznie przygotowany autor. W tym wypadku nie mam zastrzeżeń. Powieść jest kapitalna.

Złodziejka książek

Napisał Markus Zusak.

Często płaczę przy książkach – to fakt. Ale tak jak przy Złodziejce książek nie płakałam chyba nigdy. Nie wiem jak autor to zrobił, ale napisał o II wojnie światowej tak pięknie i tak poetycko, że poruszył we mnie najdelikatniejsze struny. Historię Liesel Meminger, mimo otaczającej jej brutalności, nakreślił z czułością i taktem. Oddał straszliwy klimat najstraszliwszej wojny, jednocześnie nie naruszając piękna. Jakby roztoczył nad Liesel swoiste sacrum. Choć Liesel wcale nie należy do grzecznych, ułożonych i uroczych bohaterek literackich – i całe szczęście, bo podobna banalność zepsułaby czarowność dzieła. A w ten sposób powstało coś niezwykłego – książka o książkach (i nie tylko), która zostawia ślad. Trwały.

To bardzo inna książka o wojnie. Nie bije po twarzy jak Medaliony czy Inny świat. Nie ukrywa tego, co straszne, pokazując jednocześnie, że to co piękne, nie dało się zabić. I nigdy nie da.

Kocham.

***

Nawiązując do ostatniej myśli: mam nadzieję, że literatura nigdy nie da się zabić. Oznaczałoby to koniec świata.

– Przyjaciele, przyznajcie, że razem z nami ginie… – Lecz nie mógł dokończyć; ramię jego objęło ostatnim ruchem Eunice, po czym głowa jego opadła mu na wezgłowie – i umarł.

jonas-jacobsson-545909-unsplash

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s