Droga krzyżowa, czyli o tym czy chrześcijanie to masochiści

christoph-schmid-258813-unsplash

Jeśli kto wierzy we Mnie, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje.

Z pewnością całkiem nieźle kojarzycie „Pasję” Mela Gibsona. Poza wszelkimi walorami natury religijnej, to w końcu bardzo dobry film. Ja włączyłam go przy okazji Niedzieli Palmowej, uznając, że skoro zaczyna się Wielki Tydzień, to wypada w niego w sensowny sposób wejść. A przekaz audiowizualny z reguły zawsze zostawia coś w głowie. I zostawił.

W „Pasji” jest scena, gdy przed skatowanym Jezusem żołnierze stawiają krzyż. Swoje krzyże dostają także dwaj pozostali skazańcy. Co się wtedy dzieje? Otóż Jezus jako jedyny zachowuje się nieszablonowo i nieco dziwacznie – aż chciałoby się Go za Piotrem trochę „napomnieć”, ryzykując nawet usłyszeniem ostrego zejdź mi z oczu, szatanie – On swój krzyż obejmuje. Jeden z łotrów zmierzających na Golgotę okrutnie się wówczas miota, wściekle krzycząc: Dlaczego obejmujesz swój krzyż, Głupcze? No bo rzeczywiście, Panie Jezu, wszystko wszystkim, ale czy Ty aby trochę nie przesadzasz?

I w Kościele można czasem odnieść wrażenie, że „czarni” to banda świrów. Mówią z ambony – ukochaj swój krzyż. Dobre. Tak jakby nie rozumieli, że gdy chrzani mi się życie, ostatnie na co mam ochotę to miłość do swoich problemów. Ostatecznie to nawet brzmi groteskowo!

To o co w tym wszystkim chodzi?

Ano zacznę od tego, że lepiej nie miotać się jak zły łotr u Gibsona, bo może się okazać, że z tym ukochaniem krzyża to nie takie głupie. Ale po kolei.

juan-miguel-sevilla-morales-261556-unsplash

Momentami może się wydawać, że Kościół gloryfikuje cierpienie. I że jesteśmy bandą masochistycznych durniów. Tylko, że (całe szczęście!) w rzeczywistości wcale tak nie jest. Bo pierwsza i podstawowa prawda jest taka, że Kościół wcale nie twierdzi, że cierpienie jest dobre. Niespodzianka? Idźmy więc dalej: KK z całą stanowczością mówi, że cierpienie jest złe. I że nie jest dziełem Pana Boga. Jest dziełem grzechu. Dlatego, gdy spotyka nas osobisty kataklizm najgłupszym sformułowaniem będą słowa Bóg tak chciał. Nie chciał.

Bolesny aspekt sprawy jest taki, że my – ludzie – zwaliliśmy wszystko jeszcze w Edenie. Stanąwszy przed wyborem dobra bądź jego braku wybraliśmy drugie. Konsekwencją grzechu, choćby był najpiękniej opakowany, zawsze będzie cierpienie. No i lipa.

Jednak nie ma teraz potrzeby załamywać się, rwać włosów z głowy i płakać, ewentualnie przez chwilę – jak Piotr. Że skopaliśmy sprawę to owszem, ale Pan Bóg zaraz siadł i wymyślił plan, by nas odratować. A potem go zrealizował.

To trochę gorzki paradoks, że Ktoś, kto nigdy nie zgrzeszył, wziął na bary konsekwencje grzechu, a tym samym zmienił oblicze cierpienia. To nie znaczy oczywiście, że sprawił, iż cierpienie stało się dobre, ale znaczy to, że je za nas ofiarował i spowodował tym samym, że stało się naprawdę owocne. Dało nam życie wieczne.

eberhard-grossgasteiger-398985-unsplash

Przyszli więc żołnierze i połamali golenie tak pierwszemu, jak i drugiemu, którzy z Nim byli ukrzyżowani. Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda. 

Jest to obrazek, który chodzi za mną praktycznie od początku tegorocznego Wielkiego Postu. Z cierpienia Jezusa wypłynęła nie tylko krew – naturalny wynik zranień – ale i woda, która jak wiadomo jest życiodajna. Rozumiem, co mówi do mnie ten obrazek. Ew, twoje cierpienie też ma być życiodajne. Ma przynosić owoce. Ma być ogrodem.

Uważam, że jednym z największych osiągnięć religii, którą wyznaję, jest to, że napełniła cierpienie sensem. Po pierwsze: pokazała, że nawet z największego bagna da się wyciągnąć sycące, słodkie owoce. Po drugie: nauczyła, że każde cierpienie możemy za kogoś ofiarować. Za przykładem Chrystusa, który Swoje  ofiarował za całą ludzkość.

edwin-andrade-162696-unsplash

Od ponad roku moje życie nie obfituje w mannę z nieba – przeciwnie: cokolwiek stało, od dawna leży. Nawet to, co uważałam za nie do ruszenia i czego byłam pewna na stówę, legło. Stówa przegrana.

Zajęło mi dużo czasu – czasu buntu, płaczu, wrzasku, wicia się jak węgorz i wszelkich możliwych prób zejścia z krzyża – żeby zrozumieć, że ukochanie cierpienia to najlepsza z opcji. Bo ten czas to czas błogosławiony. Czas, w którym Pan Bóg kruszy mnie, łamie i wypala, a ja wychodzę z tego bardziej świadoma, mocniejsza i dojrzalsza. Dobrze to dla mnie, że mnie poniżyłeś, bym się nauczył Twoich ustaw. (…) Wiem, Panie, że sprawiedliwe są Twoje wyroki, że dotknąłeś mnie słusznie. Dlatego – na początku wbrew sobie i ostro się wzdrygając, a z czasem coraz bardziej świadomie i szczerze – dziękuję za każdą trudną sytuację. A gdy tylko coś przykrego pojawia się na horyzoncie, z miejsca ofiarowuję za kogoś swój ból. No bo jak już musi być, to niech się chociaż na coś przyda.

I to nie tak, że się chwalę, bo zwyczajnie nie mam czym. Nie jestem ani silna, ani odporna na ból. I choć to wstyd, próbowałam przecież uciekać ze swojej drogi krzyżowej. Więc naprawdę materiał ze mnie słaby. Ale jest Ktoś, kto jest tak mocny, że nawet z totalnie beznadziejnym materiałem umie sobie poradzić.

A na koniec drobne wspomnienie. Usłyszałam kiedyś na rekolekcjach szkolnych słowa, które od tamtej pory nieustannie prowadzą mnie po drogach życia, nie dając o sobie zapomnieć. W szkolnej kaplicy (chodziłam do szkoły katolickiej) młody rekolekcjonista powiedział do jeszcze młodszej gawiedzi szkolnej, że nawet jeśli nie wybierzemy chrześcijaństwa, nie unikniemy krzyża. Bo krzyż będzie zawsze. Ale to od nas zależy czy chcemy go dźwigać sami, czy z Chrystusem. I ja biorę drugą opcję.

PS. W celu ukochania swojego krzyża polecam skonsultować się z Najwyższym. O własnych siłach to nie do zrobienia.

PS. 2. Będą kryzysy ufności – jak w każdej relacji. Nigdy nie trać nadziei 🙂

tim-marshall-76166-unsplash

Reklamy

2 komentarze Dodaj własny

  1. crimenerd pisze:

    Bardzo ładnie to napisałaś. Można powiedzieć nawet, że trochę się tym wzruszyłam.
    Ja akurat jestem niepokorną duszą i moje okresy wiary i zwątpienia są trochę jak ogień i woda, bo przychodzą bardzo gwałtownie.
    Ja na Wielki Tydzień wybrałam z kolei „Sprawę Chrystusa”, jeśli nie czytałaś, polecam. To o ateiście, dziennikarzu śledczym, który postanawia udowodnić wiarygodność chrześcijaństwa – autentyczność Biblii, dowody na istnienie i działanie Chrystusa. Myślę, że nawet osoba wierząca, której niczego nie trzeba udowadniać będzie pod wrażeniem tej przytłaczającej ilości dowodów 🙂

    Polubienie

    1. Ojej, z chęcią przeczytam! Tak zareklamowałaś, że nie sposób przejść obojętnie 😀 A zwątpienia to rzecz naturalna.
      Dziękuję Ci serdecznie za ten miły komentarz! 🙂 I pozdrawiam ciepło!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s