„Mój dziadek był drzewem czereśniowym”. I kowalem. I jeziorem w lecie

SONY DSC

 

Po nos zakopana w ciepłą kołdrę, przy nikłym świetle nocnej lampki pochłaniałam książkę Angeli Nanetti, nie potrafiąc oderwać się nawet na chwilę. Skończyłam równo o 1.18., ze łzami w oczach rejestrując fakt, że to już koniec, że już więcej nie będzie, a w ogóle to pora spać. Ale zasypiając zdążyłam jeszcze uchwycić się nadziei, że moje sny będą równie kolorowe jak książka.

Sama mam dwóch wspaniałych dziadków, którzy – całe szczęście – nadal żyją. Gdy pewnej majowej nocy przyszłam na świat, by zrealizować na nim swoją misję specjalną, obaj byli już na emeryturze. Dlatego też z mojej perspektywy ich emerytura trwa cały czas. Cóż – żyć, nie umierać. Co prawda dziadek Czesław (z zawodu kowal) w okresie mojego dzieciństwa większość dni spędzał w kuźni, a przed bramą na podwórze dziadków często stały przepiękne konie z majestatyczną cierpliwością oczekujące na zabieg podkuwania, jednak i on nie stanowił już dla państwa polskiego podmiotu napędzającego gospodarkę. Jego forma aktywności była jedynie dorabianiem do emerytury i atrakcją dla siedmiorga wnucząt (na ten przykład: moja siostra posiada zdjęcie, na którym pełna niemego zachwytu siedzi na jednym z koni-klientów dziadka; ma wówczas dwa lata). Dziadek Stanisław natomiast większość swojego życia spędził za kierownicą autobusu. Dlatego gdy dziś młodzi ludzie o wysokim poziomie kultury osobistej podrywają się z siedzeń, by ustąpić mu miejsca, on odmawia, tłumacząc, że w autobusie już się nasiedział. I w gruncie rzeczy ma rację.

SONY DSC

Dziadek Stanisław zabierał mnie do lasu na grzyby, szukał ze mną dzikiego chrzanu na łące, w czasie letnich wypadów nad jezioro uczył pływać, a w mikołajki pokazywał na polach ślady reniferów. Płakał rzewnymi łzami, gdy schowałam mu się za chudym jak szkapa drzewem, a on „nie mógł” (hehe) mnie znaleźć. W jeziorze pozwalał mi wchodzić na swoje barki i z tej wysokości wykonywać popisowe skoki do wody.

To bardzo długa dygresja, ale książka „Mój dziadek był drzewem czereśniowym” automatycznie skierowała myśli ku moim własnym dziadkom i wygrzebała z dna serca całą skrzynię pięknych wspomnień. I myślę, że poniekąd taka jej rola.

Przy pomocy książki Angeli Nanetti przeniosłam się w inny, piękniejszy świat i za Chiny ludowe nie miałam ochoty go opuszczać. Był to świat pachnący dzieciństwem i prostotą. Świat o smaku faworków smażonych na ostatki i kogla-mogla.

Dobrze mi było czytać o antosiowych kąpielach z dziadkiem w rzece, wspinaczce na drzewo czereśniowe i przyjaźni babci Gertrudy z gęsią. Aż mi się zatęskniło za wsią, naturą i rzeczywistością nieskażoną smartfonami i Internetem.

SONY DSC

Mimo że „Mój dziadek był drzewem czereśniowym” jest książką dla dzieci, to przekazuje takie mnóstwo cennych prawd, że wiele „dorosłych” książek ze wstydu powinno oblać swoje okładki krwistym rumieńcem. Przede wszystkim książka we wzruszający sposób oswaja z tematem śmierci, choroby i przemijania. Robi to – niczym dobry terapeuta – subtelnie i delikatnie, pozwalając na godzenie się z ostatecznością w swoim własnym tempie, bez brutalizmu, nie generując niepotrzebnych lęków. Doskonale pokazuje też jak w oczach dziecka wygląda pogmatwany świat konfliktów między dorosłymi – w tym przypadku świat antagonizmów między rodzicami Antosia a jego dziadkami oraz rzeczywistość kryzysu małżeńskiego rodziców. To daje do myślenia.

SONY DSC

Książka uczy też zatrzymania i rezygnacji z pełnego nerwów wyścigu szczurów. Pokazuje, że czasem warto wysiąść z pędzącego pociągu i resztę drogi przebyć piechotą. Zdradzę cichutko, że takie zatrzymanie w życiu mamy Antosia przyniosło piękne owoce.

Poza wszystkim książka napisana jest ciekawym, ładnym językiem, a ponadto prześlicznie wydana. Kiedy zobaczyłam ją na stronie wydawnictwa „Nasza Księgarnia”, przepadłam z kretesem. Jej wyjątkowa estetyka tak cieszy oko, że trudno się od niej oderwać. Chyba mało kto będzie odporny na jej urok. Ja w każdym razie nie jestem.

Książkę „Mój dziadek był drzewem czereśniowym” warto podsunąć swojemu dziecku, ale warto też przeczytać samemu. Nawet jeśli rodzicem się jeszcze nie jest albo wcale nie będzie. Bo jest piękna. I dobra. I prawdziwa. A prawda, dobro i piękno zawsze są warte uwagi.

SONY DSC

 

Autorką zdjęć niezastąpiona Kwasia 🙂

http://www.instagram.com/qwasia

 

Reklamy

2 komentarze Dodaj własny

  1. Bea pisze:

    Książka na pewno jest ciekawa, a Ty masz piękne wspomnienia 🙂 Cieszę się, że też takie mam 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Tak, to wspaniały dar – takie wspomnienia ❤

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s