Przybyłam, zobaczyłam, oni zwyciężyli – część I

5ORW0DPIR5

Dobrze jest zwyciężać, ale dobrze też patrzeć na zwycięzców. Bo można się czegoś nauczyć. I nie mówię tu tylko o pokorze bądź pewności siebie, choć obserwując zwycięzców zza kulis można ćwiczyć się w każdej z tych cech. Jednak patrząc na czyjś talent odkrywamy swoją własną wrażliwość i otwieramy umysł. Serce i rozum. Bo jest wiele płaszczyzn, na których te dwie teoretyczne (sic!) skrajności  będą się łączyć.

„MANRU”

Wyznam na wstępie, że nigdy wcześniej nie widziałam opery. Uwielbiam teatr i odkąd pamiętam, ceniłam wszystko, co klasyczne (chyba, że do klasyki zaliczymy Żeromskiego – wówczas wybaczcie: będą wyjątki), ale opera była zawsze tym czymś, co pozostawało w sferze wyobraźni i marzeń. W Lublinie nie ma opery jako takiej a Centrum Spotkania Kultur, w którym obecnie od czasu do czasu można operę zobaczyć, istnieje na Dzikim Wschodzie od niedawna. O CSK jeszcze będzie. Póki co przejdę do meritum.

Kiedy dowiedziałam się, że w mojej wspólnocie pojawiła się możliwość wyjazdu na operę „Manru” do Bydgoszczy, wiedziałam, że muszę z niej skorzystać. Szczególnie, że ojciec Kazio, nasz nadworny zielarz, włóczykij i … gawędziarz, załatwił bilety w niezwykle okazyjnych cenach. W tej sytuacji fakt, że wyjazd zaplanowany był na piątą rano, nie miał najmniejszego znaczenia. Musiałam wykorzystać szansę, która niczym zbójcy w „Powrocie taty” (hmm, czy to aby dobre porównanie?), pojawiła się nagle na mojej drodze. Dlatego z zapałem spakowałam małą czarną (koronkową), bo w operze trzeba przecież wyglądać i ruszyłam w podróż w nieznane. Bo poza tym, że nie byłam jeszcze w operze, to i Bydgoszczy nie miałam okazji oglądać.

B1234F8746

„Manru” to opera Ignacego Jana Paderewskiego. Już od czasów, kiedy to jako mała blondyneczka w cerowanych rajstopkach niańczyłam tuzin lalek, towarzyszyła mi świadomość, że I. J. Paderewski to rozczochrany kompozytor (zauważyliście, że nader często kompozytorzy preferowali fryzury w stylu „mocny tapir”?). Potem jednak – jak na historyka przystało – zaczęłam zdecydowanie mocniej kojarzyć go ze sceną polityczną polskiego międzywojnia. Oraz z apodyktyczną żoną Heleną, która komendą Ignaś, idziemy przerywała posiedzenia rządu, gdy Paderewski pełnił zaszczytną funkcję premiera RP. Ignaś szedł. Swoje kompozytorskie oblicze Paderewski objawił mi na nowo dopiero przy okazji wizyty w Bydgoszczy.

Opera „Manru” autorstwa wyżej wspomnianego powstała na podstawie utworu „Chata za wsią” Józefa Ignacego Kraszewskiego. Powieść traktuje o młodej góralce, która zakochawszy się w Cyganie zamieszkuje z nim i rodzi mu dziecko, tym samym skazując się na powszechne odrzucenie i wytykanie palcami przez lokalną społeczność. Tym, którzy nie znają miłosnej historii, nie zdradzę zakończenia, zaznaczę za to, że całość ma klimat zdecydowanie tragiczny.

Chociaż nawet taki laik jak ja dostrzegał niedociągnięcia – aktor grający Manru miał zdecydowanie słabszy głos niż jego partnerka, pierwszy akt był wyraźnie lepszy od dwóch kolejnych a zakończenie (a może jego brak?) było dosyć niejasne – byłam prawdziwie oczarowana. Nie spodziewałam się, że śpiewając swoje role, można odtworzyć taką gamę emocji! Szczerze zastanawiam się czy nie jest to lepsze od teatru. Aktorzy grali cudownie, a wyśpiewywane przez nich frazy były tak przejmujące, dotykające najczulszych strun mojej wrażliwości, że dosłownie zwalały mnie z nóg. Jedynym minusem była późna godzina spektaklu, zwłaszcza że wstałam o 4.30., a siedem godzin spędziłam w pociągu. Ale było warto!

Dodam jeszcze, że Opera Nova w Bydgoszczy ma świetną konstrukcję architektoniczną. Sala operowa pozbawiona jest balkonów (z których i tak widać niewiele), dzięki czemu z każdego miejsca scena jest dobrze widoczna. Ponadto wystawiane bywają sztuki, w których występują konie, a niedługo opera ma zamiar ściągnąć na scenę… słonia! I nie ma to nic wspólnego z niehumanitarnym traktowaniem zwierząt. Nie wiem czy Wy też, ale ja tego słonia chciałabym zobaczyć! 😀

M46KG27B0X

„VICTORIA”

Kiedy nadszedł poniedziałkowy wieczór, spontanicznie stwierdziłam, że z chęcią obejrzałabym Teatr Telewizji. W sztuce miał grać Jan Frycz, którego szczerze uwielbiam, poza tym opis zapowiadał coś naprawdę dobrego. Nie zawiodłam się.

Dramat psychologiczny australijskiej pisarki Joanny Murray-Smith opowiada o małżeństwie dwojga pisarzy (Maria Pakulnis, Jan Frycz), do których drzwi puka pewnego dnia młoda dziennikarka (Olga Bołądź), pragnąca przeprowadzić wywiad. Chociaż to George, a nie jego żona Victoria, odnosi szalony sukces publicystyczno – literacki (ona oddaje się roli wspierającej żony i poświęcającej się matki) stanowią szczęśliwe małżeństwo z trzydziestodwuletnim stażem. Owocem ich związku jest dwudziestoparoletnia córka Susanna (Michalina Łabacz). Wszystko wygląda naprawdę pięknie do momentu, gdy cyniczna i do bólu pewna siebie dziennikarka Claudia, niczym taran niszczy dotychczasowe życie dwojga kochających się erudytów. Dziewczyna manipuluje małżonkami, lekceważąc wszelkie wartości. Ponieważ zazdrości im miłości i rodzinnego ciepła, których – jak można wywnioskować – sama nigdy nie zaznała, rozwala ich zgodne do tej pory małżeństwo. Kluczowe w spektaklu zdaje się pytanie, które dziennikarce stawia Victoria: Jakie nieszczęście musiało cię spotkać, że obdarzasz nim wszystkich wokół?

70L5UYL0FO

Dawno nie obejrzałam czegoś tak dobrego. Czegoś, co poruszyłoby mnie do cna. Na sztukę patrzy się z pewną przykrością, ale jej ogromnym walorem jest to, że nie da się przejść obok niej bez refleksji. Szczególnie kiedy wiemy, że toksyczne jednostki żyją obok nas a dziennikarka z podłym sercem nie jest jedynie wymysłem dramatopisarki.

Warto przy okazji zaznaczyć, że chociaż Claudia jest bezwzględna i dąży do celu po trupach, jej działania pozwalają rodzinie pisarzy spojrzeć na swoje dotychczasowe życie z innej perspektywy, lepiej poznać samych siebie i zrozumieć konsekwencje własnych wyborów.

Aktorzy (świetna obsada!) zagrali wspaniale, a każdy z nich bardzo dobrze pasował do odgrywanej przez siebie roli. No bo powiedzcie sami – kto inny mógłby grać femme fatale, jeśli nie Olga Bołądź? Z kolei czyż Michalina Łabacz nie pasuje do postaci niepewnej siebie, mającej problemy z odszukaniem własnej tożsamości dziewczyny? Maria Pakulnis to wypisz wymaluj mądra, elegancka, a jednocześnie ciepła dojrzała kobieta, no a Jan Frycz nie pierwszy raz gra zdradzającego małżonka.

R0BZTCYBM6

Dobry efekt robi też scenografia, momentami minimalistyczna, innym razem „domowa”, lecz zawsze pasująca do odgrywanej sceny. A szczególne brawa należą się Zofii de Ines za kostiumy, na które nie mogłam się napatrzeć i które poza walorami estetycznymi oddawały charakter każdej z postaci.

Podsumowując: polecam obejrzeć sztukę, bo zostawia ślad, porusza, a przede wszystkim jest mądra. I pokazuje złożoność ludzkiej psychiki, bo to przecież prawdziwy labirynt Minotaura. „Victoria” jest dostępna na http://www.vod.tvp.pl. Obejrzyjcie!

BOLESŁAW STELMACH „TEATR W BUDOWIE. DZIENNIK PODRÓŻY”

Nie przesadzę chyba, gdy powiem, że prof. Bolesław Stelmach to najbardziej znany lubelski architekt. Jego dzieła – Centrum Spotkania Kultur, Park Naukowo-Technologiczny czy Tarasy Zamkowe – są na trwałe wpisane w krajobraz miasta. Niedawno jednak Stelmach stworzył dzieło nie architektoniczne, ale literackie; książkę – „Teatr w budowie. Dziennik podróży”. Idąc na spotkanie połączone z promocją książki nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. W końcu autorem nie jest pisarz, ale architekt. Poza tym co myśleć o dziele literackim opisującym budowę obiektu? Czy to może porywać? I wreszcie jak rozumieć porównanie budowy do podróży? Bardzo ładne porównanie, ale czy adekwatne?

Okazało się, że jak najbardziej. Budynek CSK znany wcześniej jako „Teatr w budowie” na zawsze wrósł w pejzaż Lublina. Jego budowę rozpoczęto w 1972r., a zakończono w roku 2016. Hehe. Autor zajmował się obiektem przez ostatnie siedem lat, ale w książce odwołuje się też do poprzedzających trzydziestu siedmiu.

M7MP0ATTWL

Pewnie wstyd to powiedzieć, ale do momentu spotkania z prof. Stelmachem nie patrzyłam na współczesną architekturę jak na sztukę. Gotyk, neogotyk, nawet nieszczęsny renesans i barok to owszem – sztuka. Tu nie ma miejsca na dyskusję. Ale współczesne budowle? Gdzie im tam do sztuki? Czy główną myślą przyświecającą współczesnym architektom nie jest pragmatyzm, użyteczność?

Tak myślałam.

Tak się myliłam.

XNLHNORQNT

Prof. Bolesław Stelmach otworzył mi oczy, opowiadając o tym, w jaki sposób projektował CSK, starając się przy tym oddać historię budynku i jego symbolikę, która bądź co bądź przez tyle lat zrosła się przecież z miastem na wschodzie. Budynek miał być więc monumentalny (nie wiem czy wiecie, ale planowany za komuny teatr miał mieć w założeniu największą scenę obrotową na świecie; oczywiście od początku założenie to było nie do zrealizowania) i zbudowany zgodnie z zasadami sztuki industrialnej, by nawiązać w ten sposób do ponadczterdziestoletniego trwania w zupełnie surowym stanie.

Chociaż na początku nie byłam zachwycona budynkiem (a nawet nie raz wyrażałam swoje niezadowolenie jego konstrukcją), to gdy zrozumiałam motywy architekta, rozjaśniło mi się w mojej sianowłosej głowie i stwierdziłam, że całość naprawdę doskonale wpisuje się w założenia. Doceniam!

ROG47AU0LS

Chciałabym też zdobyć bukwę Stelmacha, ale jak na razie zakup przerasta moje finansowe możliwości. Zapewniam Was jednak, że książka została wydana w formie interesującej i wygląda… nietuzinkowo. Opatrzona jest też świetnymi fotografiami. Gdy będę obrzydliwie bogata, to z pewnością ją zakupię. A na razie porozkoszuję się samym marzeniem.

GJM8XE7EE9

Do opisania zostało mi jeszcze kilka zwycięstw (bynajmniej nie militarnych), ale żeby Was nie zamęczyć, reszta pojawi się w drugiej części. W końcu niedobrze zagłaskać kotka na śmierć. Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca wpisu. A to, co widziałam, gorąco Wam polecam!

Wasza Babcia

https://vod.tvp.pl/website/victoria,36121995

 

Reklamy

2 komentarze Dodaj własny

  1. Immoral pisze:

    Architektura jest fascynująca, a ta nowoczesna faktycznie w niczym nie ustępuje dawnej i można stworzyć niesamowite rzeczy 🙂
    Co do opery to ja jednak wolę teatr, nie jestem pewna czy pasowałoby mi wyśpiewywanie wszystkiego 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. W sumie ja też nie spodziewałam się, że opera mi się tak spodoba 😀 Sama myślałam, że wyśpiewywanie będzie męczące, a tu proszę – niespodzianka 😀

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s