„Rysowanie to praca od euforii do depresji” – wywiad z Jarkiem Kozłowskim

SONY DSC

„Jarek Kozłowski – rysunki”. Chyba większość użytkowników facebooka chociaż raz (a zazwyczaj więcej) widziało stronę z niezwykle błyskotliwymi satyrycznymi rysunkami Jarka. Dużo węższe jest natomiast grono tych, którzy mogli go poznać osobiście i przekonać się o tym jak miłym i sympatycznym jest człowiekiem. Moje babcine serce pęka z dumy, bo znalazło się w tym gronie. Ale i Wam chciałabym przybliżyć jego sylwetkę, bo najzwyczajniej w świecie warto. Mimo sukcesów Jarek pozostaje skromny, pełen życiowej pokory i życzliwości dla innych. Rozmowa w mojej ulubionej Cafe Heca przebiega w cudownej, pełnej swobody i luzu atmosferze. O jej wyniku i o tym jak mądrym człowiekiem jest Jarek przekonajcie się sami 🙂

SONY DSC

Babcia Gawędziarka: Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z rysowaniem? Może było tak, że już jako dzieciak, siedząc na nudnych lekcjach, po kryjomu robiłeś rysunki w zeszycie?

Jarek Kozłowski: Nie, w szkole nie było takiej możliwości. Chodziłem do małej wiejskiej podstawówki, gdzie klasy liczyły 9-10 osób, więc każde niepożądane działanie ucznia było od razu rejestrowane przez nauczyciela. Ale już w okresie podstawówki – jako że planowałem zostać historykiem – z zapałem oddawałem się rysowaniu gotyckich katedr. Jako nastolatek w serii gazetek „Dobry humor” natknąłem się na tekst z wytycznymi, nt. spraw technicznych dla osób, które chciały być rysownikami. Wysyłałem tam swoje prace i po roku (w roku 2000) opublikowali pierwszą z nich. Łącznie ukazało się tam ok. dwudziestu moich rysunków.

W gimnazjum przestałem rysować. Wróciłem do tego dopiero na studiach. Kolega który pisał do „Gazety Bialskiej” zaproponował, że zaniesie moje prace do redakcji (przemianowanej potem na „Tygodnik Podlaski”). Rysowałem dla nich przez rok. Pamiętam jak redaktor naczelny tej gazety, oglądając po raz pierwszy moje rysunki, powiedział: To jest gazeta dla prostych ludzi, prości ludzie mogą tego nie zrozumieć (uśmiech – przyp. Babci). Od 2007r. udzielałem się komiksowo. Lata moich studiów były okresem, kiedy scena komiksowa obracała się wokół Zinów. Moje komiksy ukazywały się w takich zinach jak „Maszin”, „Hardkorporacja”, „Rry” czy „Ziniol” (którego redaktor naczelny – Dominik Szcześniak – prowadzi w Radio Lublin audycję „Halo Komiks”). Mój komiks, do scenariusza Dominika, wyszedł też w wydaniu zbiorczym – „10 bolesnych operacji” (wyd. Timof Comics, 2017r), a dwa ziny wydałem razem z Piotrem Szreniawskim, pracownikiem naukowym katedry administracji na UMCS. Piotr wydawał te ziny własnym sumptem, a w 2009 i 2010r., podczas Lubelskich Spotkań z Komiksem w Chatce Żaka, rozdawaliśmy je za darmo.

Potem nastąpił okres, gdy rysowałem dla serwisu informacyjnego „mojeopinie.pl”. Byłem zszokowany, że zgłaszają się po moje rysunki, rodziła się też panika – kurde, co ja mam rysować. Musiałem tworzyć dwa rysunki tygodniowo, więc na początku presja była duża. Poza tym publikowałem na fb (strona istnieje od 2011r.). Potem nastąpił boom na blogi, więc zarzuciłem stronę na fb i prowadziłem kilka blogów. Całkiem niedawno wróciłem do facebooka. Obecnie tworzę też rysunki dla „Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki”. W ogóle rysunki o książkach to taka moja nisza, zwłaszcza od kiedy zacząłem rysować do „Elwatora” – kwartalnika literackiego ze Szczecina.

Jak na polonistę przystało 😀 A czy pobierałeś jakieś lekcje rysunku, czy wszystkiego uczyłeś się sam?

Nie, nigdy nie uczyłem się rysunku, bo zwyczajnie nie miałem takiej możliwości. W mojej miejscowości nie było żadnych kółek, warsztatów. W większym mieście są większe możliwości, tutaj takich nie było. Uczyłem się sam, podglądając innych rysowników.

SONY DSC

Dziś jesteś rozpoznawalny. A czy były momenty zwątpienia?

Ciągle są. Co kilka miesięcy mam kryzys i stwierdzam, że nic z tego nie będzie, że to rzucam. A potem trafia się jakieś zlecenie i porzucenie rysunku muszę odłożyć na później (uśmiech – przyp. Babci).

Rysowanie to praca od euforii do depresji. Wszystko zależy od tego czy są zlecenia, czy do czegoś to prowadzi. Są momenty, że masz kilka ofert i jakieś zainteresowanie, a później takie, że nie masz ich wcale. Taka sinusoida.

Co dawało Ci siłę, by iść dalej mimo niepowodzeń i czy jest jakaś metoda na to, by przebijać się ze swoim talentem nawet wówczas, gdy spotykają porażki?

Nie wiem. Moje najlepsze rysunki powstawały w stanach depresji, kiedy dochodziłem do wniosku, że moje rysowanie jest bez sensu i chciałem to rzucić. Większość nagrodzonych prac powstało na takim etapie.

Zresztą coś jest w tej depresji, bo to właśnie o niej pisałem swoją pracę dyplomową na studiach. A mój rysunek o depresji cieszy się dużą popularnością, chociaż zdaje się, że totalnie nie zostałem zrozumiany. Miałem nadzieję, że wywołam kontrowersje, że usłyszę, że się nie znam i jak mogę wyśmiewać poważną chorobę, a tu się okazuje, że się niestety spodobało (uśmiech – przyp. Babci).

A to pech 😀 A skąd czerpiesz pomysły na rysunki?

Z życia (uśmiech – przyp. Babci). To chyba nieżyjący już niestety Julian Bohdanowicz powiedział: Z głowy, czyli z niczego. Podpisuję się pod tym. Zresztą rysunki tworzy się bardzo łatwo – trzeba dużo czytać, oglądać, rozmawiać i rysunek tworzy się sam. Należy skądinąd pamiętać, że rysunek jest tylko dodatkiem do tekstu.

SONY DSC

A czy jest jakaś granica satyry, są rzeczy, których byś nie obśmiał?

Tak, są granice. Ustala się je samemu. Dziś można się natknąć np. na szereg rysunków antyklerykalnych, które są bez sensu, pozbawione kontekstu, nastawione tylko na to, żeby obrazić. Nie podoba mi się to. Nie rysuję rzeczy, które mnie nie śmieszą. I nie dotykam polityki, uciekam od tego tematu.

Masz ulubionych rysowników bądź satyryków – kogoś, kogo uważasz za autorytety w dziedzinie?

Mam, pewnie. A od każdego mogę wziąć coś innego. Jest np. dwóch rysowników z Argentyny: Quino i Tute. Ten ostatni tworzy dużo rysunków bez tekstu. Świetny jest także francuski rysownik – Nicolas de Crècy. Niedawno wyszedł jego album z akwarelami z podróży po Meksyku.

Z polskich twórców  lubię Raczkowskiego, ale z okresu, gdy jeszcze chciało mu się rysować, a więc z lat 2005-2010. Niezbyt podoba mi się to, co tworzy teraz.

Bardzo dobry jest też Przemysław Truściński – komiksiarz i ilustrator. Ilustruje m.in.  wszystkie książki Tomasza Kołodziejczaka dla „Fabryki Słów”.

Lubię oczywiście Bohdana Butenko – niech jeszcze długo żyje. Miałem nawet okazję przywitać się z nim dwa lata temu w Warszawie na wystawie Patrick’a Chappatte.

Podziwiam nieżyjącego już mistrza piórka – Antoniego Chodorowskiego. Świetny jest także Andrzej Krauze – brat zmarłego reżysera Antoniego. Rysuje do „Gościa Niedzielnego”, tworzył dla „Rzeczpospolitej” i zdaje się, że do „Do rzeczy”. Kilka lat temu jego rysunek o ślubie z kozą wywołał duże kontrowersje.

Andrzej Mleczko popada w schematy. Kilka lat temu miał fajną kreskę, teraz jest strasznie wyrysowana.

Natomiast za zdecydowanie najlepszego współczesnego rysownika uważam Janka Kozę. Pracuje dla „Polityki”, ale myślę, że jego rysunki z powodzeniem mogłyby się ukazywać także w „Gościu Niedzielnym”. Robi bardzo proste rysunki, stawia prostą kreskę, bez szkicu.

Jeśli chodzi o satyryków, to bardzo lubię stand-upy, a mój ulubiony komik to Wojtek Fiedorczuk. Lubię poczucie humoru bazujące na totalnym absurdzie.

SONY DSC

Jesteś katolikiem. Czy wiara w Boga pomaga w samorealizacji, w rozwijaniu talentu? Czy traktujesz twórczość jako powołanie?

To trudne pytanie. Na pewno jest to rodzaj powołania. Nawet gdybym nie publikował, to i tak bym rysował. Ale to nie jest pytanie, na które łatwo odpowiedzieć z marszu. Kiedy kilka lat temu myślałem o wstąpieniu do zakonu dominikanów, na rozmowie wstępnej z powołaniowcem o. Krzysztofem Pałysem OP usłyszałem podobnie trudne pytanie: Jaka jest Twoja relacja z Chrystusem? Bo można regularnie chodzić do kościoła, przestrzegać wszystkich zasad, nawet czytać religijne książki, a w ogóle nie mieć relacji z Bogiem, być daleko od Niego. Tamto pytanie chodzi za mną do dziś. Ale na pewno czuję się prowadzony przez Boga. To, że rysuję, jest czymś w rodzaju daru z Góry. Widzę to choćby po tym, że udało mi się zilustrować książkę o. Krzysztofa i o. Szymona Popławskiego OP „Zapach pomarańczy. Życie dominikańskie z innej perspektywy”.

SONY DSC

Na koniec: czy zdradzisz swoje artystyczne plany na najbliższy czas?

Niestety w tej chwili nie mogę podać zbyt wiele szczegółów, ale w zeszłym roku dostałem stypendium artystyczne urzędu marszałkowskiego w Lublinie i stypendium starostwa powiatowego w Parczewie i dzięki temu wydałem album, zbierający moją dotychczasową twórczość. W tym roku również składałem wniosek o stypendium i jeżeli je dostanę, znowu coś wydam. Chociaż już nie chce mi się pisać scenariusza (uśmiech – przyp. Babci).

Za ubiegłoroczne stypendium kupiłem dużo cienkopisów i innych przyborów. Mam taki fetysz: gdy widzę dobre piórka czy cienkopisy, od razu chcę je kupić i wypróbować. Nie rysuję na tablecie. Jestem tradycjonalistą. Uwielbiam stalówki, piórka, tusze – mam ich pełną szufladę.

Dziękuję za rozmowę!

SONY DSC

 

SONY DSC

Koniecznie zajrzyjcie na:

https://www.facebook.com/jarek.kozlowski.rysunki/?ref=br_tf

oraz:

https://jarek-kozlowski.pl

Autorką zdjęć jest Kwasia, której więcej prac znajdziecie tutaj: http://www.instagram.com/qwasia

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s